Pierwsza wyprawa dookoła świat pod banderą niepodległej Ukrainy, tłum. N. Wojtyra, Oficyna Wydawnicza RYTM, Centrum Turystki Wodnej PTTK, Warszawa 2013, ss. 352.

Każdy z nas o czymś marzy. Na ogół jednak te najskrytsze pragnienia nigdy nie zostają zrealizowane. Brakuje chęci, czasu, pieniędzy. A najczęściej silnej woli i konsekwencji. Niektórzy jednak spełniają marzenia i stają się szczęsliwi. Jednym z takich ludzi jest ukraiński żeglarz Walery Pietruszczak. Niemal całe życie spędził w Kijowie, z dala od morza. Żeglował po ukraińskich rzekach, zalewach i Morzu Czarnym. Nim wyruszył w rejs swego życia, tylko raz pływał po oceanie. Inzynier cybernetyk z zawodu w nowej rzeczywistości postkomunistycznej załozył firmę, dzięki której zebrał fundusze na kupno jachtu i rejs. Mały, bo 9 metrowy jachcik Lelitka (ukr. Błyskotka) stał się na cztery lata pływającym domem Walerego i jego żony. Chociaż według pierwotnego planu miała to być wyprawa samotnego żeglarza. Skromny jachcik nastręczał ciągłych problemów technicznych, szczególnie często psuł się silnik. Mimo tych i innych przeciwności Walery i jego „Załoga” (jak sam najczęściej pisze o żonie) nigdy nie pomyśleli o przerwaniu rejsu i powrocie do domu. O harcie ducha ukrainskiego żeglarza świadczy też i to, że nie dał się skusić ukraińskim emigrantom, którzy namawiali go do pozostania w Australii i urządzenia się tam. Odys miał swoją Itakę i nie posłuchał śpiewu syren, Walery miał dom w Kijowie, do którego pragnął wrócić.

Czytałem już wiele, bardzo wiele wspomnień z różnych rejsów, ale żadna relacja z wyprawy nie zachwyciła mnie tak jak ta. Z każdej stronicy przebija poczucie humoru autora, dystans do siebie i świata, sarkazm, a czasami ironia. Ani śladu pesymizmu, braku wiary w siebie i w powodzenie podjętego zamierzenia. Nie zmienia tej oceny pewna chropowatość przekładu, czasem mało precyzyjna terminologia fachowa. Tłumaczka wykonała swoją pracę zapewne najlepiej jak potrafiła, a że nie zna się na żeglarstwie… Cóż, niżej podpisanemu też zdarzało się tłumaczyć teksty, których nie rozumiał.

Los tej książki jest odbiciem losów i pozytywnej energii wielu ludzi. Wydanie polskie ukazało się dzięki staraniom doktora Marka Tarczyńskiego. Marka i jego żonę Iwonę poznałem w maju 2012 r. w czasie kursu żeglarskiego w Górkach Zachodnich. Jako że nieco dystansowali resztę kursantów wiekiem, niektórzy zadawali pytanie: Po co im patenty sterników? Jednak egzaminy Państwo Tarczyńscy przeszli pomyslnie. Nie minął kwartał, a w mailu Marek i Iwona opisali mi swój rejs. We dwoje (nie licząc psa) przełynęli 26 stopową mieczową Antillą Zatokę Biskajską! Jak widać nie tylko Ukraińcy potrafią realizować swoje marzenia.

Bierzmy przykład z Pietruszczaków i Tarczyńskich. Dlaczego nie mwarto się bać własnych marzeń – przeczytajcie książkę Walerego.