Artykuły żeglarskie

Warsztaty nawigacyjne – podstawy nawigacji

’


 

WARSZTATY NAWIGACYJNE

 

By żeglowanie było bezpieczne i pozbawione stresu konieczne jest gruntowne opanowanie podstaw nawigacji. Rezygnacja z przyswojenia tej wiedzy jest porównywalna do stwierdzenia, że dzieci w szkole nie muszą uczyć się dodawania, ponieważ mają do tego kalkulatory.

Evans, Morskie żeglarstwo turystyczne. Podręcznik RYA, Almapress, Warszawa 2015.

 

Wiele lat temu komputery wkroczyły w nasze codzienne życie. Dotyczy to także jachtów, które coraz częściej naszpikowane są zaawansowaną elektroniką. Dzisiaj niemal każdy z nas ma w swoim telefonie GPS, może więc planować swoje podróże małe i duże, tak w domu i jak i na morzu.

Jednak wyruszenie w rejs morski bez znajomości choćby podstaw tradycyjnej nawigacji jest nierozsądne. Jachtowy ploter zawsze może się zepsuć, jego wskazania mogą być przekłamane, albo najzwyczajniej w świecie w czasie nocnego podejścia do portu zabraknie na jachcie zasilania. Co wtedy, skipperze?

Kurs na patent jachtowego sternika morskiego czy morskiego sternika motorowodnego jest zazwyczaj krótki i intensywny. Szkolenie z zakresu nawigacji zajmuje najwyżej kilka godzin. Skutek – nie jeden jachtowy sternik morski i morski sternik motorowodny nie potrafi nanieść pozycji jachtu na mapie papierowej! Nie potrafi prowadzić nakresu drogi, nie mówiąc już o korzystaniu z tablic pływów i uwzględnianiu prądu pływowego!

Zgłębienie samych podstaw nawigacji wymaga bowiem poważnego wysiłku i sporo czasu, a wiedza wyniesiona z kursu, zwłaszcza jeżeli nie jest używana, ulatuje błyskawicznie!

Jeżeli:

– chcesz odświeżyć wiedzę i umiejętności przed samodzielnym rejsem

– przygotowujesz się do egzaminu na stopień jachtowego sternika morskiego lub morskiego sternika motorowodnego

– wybierasz się na rejs po morzu i nie chcesz być tylko „balastem”, ale świadomie i czynie brać udział w prowadzeniu jachtu

To nasze warsztaty z nawigacji są właśnie dla Ciebie!

Szkolenie „Warsztaty nawigacyjne” przeprowadzamy w kilku modułach:

1.”Wstęp do nawigacji – budowa mapy i praca na mapie”

  1. „Podstawy nawigacji terestrycznej”
  2. „Nawigacja na wodach pływowych”
  3. „Zasady nawigacji elektroniczna”

Dzięki temu, każdy zainteresowany może znaleźć coś dla siebie.

Szkolenie odbywa się w malej grupie (do 12 osób). Mapę ćwiczebną oraz inne potrzebne materiały, jak tabele dewiacji, fragmenty locji, spisu świateł, tablic pływów, najważniejsze znaki i skróty stosowane na mapach uczestnicy otrzymują na własność.

Udział w kursie „Warsztaty nawigacyjne” daje również dostęp do banku zadań i ćwiczeń (z kluczem), które można samodzielnie wykonywać w domu. W ten sposób uczestnicy mogą ciągle rozwijać i doskonalić swoje umiejętności.

Warsztaty nawigacyjne dla żeglarzy i motorowodniaków prowadzą bardzo doświadczeni kapitanowie i instruktorzy, którzy chcą i potrafią dzielić się z innymi swoją wiedzą, a także, co nie mniej cenne, doświadczeniem wyniesionym z dziesiątek rejsów na różnych akwenach.

Celem szkolenia „Warsztaty nawigacyjne” nie jest zdobycie kolejnego patentu/certyfikatu, ale podniesienie poziomu wiedzy i umiejętności, a przez to zwiększenie bezpieczeństwa żeglugi oraz podniesienie komfortu żeglowania.

Tajemnicą każdego udanego rejsu jest przecież przestrzeganie zasady: SAFETY FIRST!

Podstawy nawigacji – baza wiedzy

Wielu żeglarzy i motorowodniaków w czasie przygotowań do egzaminu na stopień jachtowego sternika morskiego czy morskiego sternika motorowodnego  napotyka na poważne trudności. Ich powodem jest całkowity  brak ogólnie dostępnych ćwiczeń oraz przykładowych zadań egzaminacyjnych. Tak więc, aby ułatwić zadanie zarówno kandydatom na stopnie jak i wszystkim, którzy chcą solidnie opanować podstawy nawigacji morskiej uruchamiamy na naszej stronie nowy dział poświęcony nawigacji klasycznej. Sukcesywnie będziemy w nim zamieszczać zadania i materiały szkoleniowe.

Poza tradycyjnymi podręcznikami pragniemy polecić Czytelnikom znakomitą stronę internetową NAVIPEDIA

Wszystkie zadania z nawigacji oparte są na mapie ćwiczebnej RYA TRAINING CHART 3

Do rozwiązania części zadań niezbędna jest przykładowa:

Tabela dewiacji

 

PODSTAWY NAWIGACJI A

PODSTAWY NAWIGACJI B

PODSTAWY NAWIGACJI C

PODSTAWY NAWIGACJI D

 

POMOCE:

Znaki i skroty na mapach

Jak czytać mapę morską

Biblia nawigatora

Mapa morska – poradnik użytkownika

Liverpool Prognozy

Liverpool Krzywa

Liverpool Porty Dołączone

 

 

 

 

 

 

Warsztaty nawigacyjne – podstawy nawigacji2019-03-13T07:40:28+00:00

Zapraszamy do lektury

Z przyjemnością infromujemy, że ukazały się ostatnio nowe teksty autorstwa kpt. Bogdana Sobiły:

  • Gibraltar, magazyn Jachting 12/2015
  • J. Wąsowicz, Prawdziwe wyzwanie; recenzja w Zeszytach Żeglarskich
  • J. Evans, Morskie żeglarstwo turystyczne; rec. Jerzy Kulinski navsim
  • F. Singleton, Reeds Pogoda. Poradnik dla żeglarzy; rec. Jerzy Kulinski navsim

 

Zapraszamy do lektury2016-01-05T10:46:43+00:00

Walery Pietruszczak, Przez trzy oceany.

Pierwsza wyprawa dookoła świat pod banderą niepodległej Ukrainy, tłum. N. Wojtyra, Oficyna Wydawnicza RYTM, Centrum Turystki Wodnej PTTK, Warszawa 2013, ss. 352.

Każdy z nas o czymś marzy. Na ogół jednak te najskrytsze pragnienia nigdy nie zostają zrealizowane. Brakuje chęci, czasu, pieniędzy. A najczęściej silnej woli i konsekwencji. Niektórzy jednak spełniają marzenia i stają się szczęsliwi. Jednym z takich ludzi jest ukraiński żeglarz Walery Pietruszczak. Niemal całe życie spędził w Kijowie, z dala od morza. Żeglował po ukraińskich rzekach, zalewach i Morzu Czarnym. Nim wyruszył w rejs swego życia, tylko raz pływał po oceanie. Inzynier cybernetyk z zawodu w nowej rzeczywistości postkomunistycznej załozył firmę, dzięki której zebrał fundusze na kupno jachtu i rejs. Mały, bo 9 metrowy jachcik Lelitka (ukr. Błyskotka) stał się na cztery lata pływającym domem Walerego i jego żony. Chociaż według pierwotnego planu miała to być wyprawa samotnego żeglarza. Skromny jachcik nastręczał ciągłych problemów technicznych, szczególnie często psuł się silnik. Mimo tych i innych przeciwności Walery i jego „Załoga” (jak sam najczęściej pisze o żonie) nigdy nie pomyśleli o przerwaniu rejsu i powrocie do domu. O harcie ducha ukrainskiego żeglarza świadczy też i to, że nie dał się skusić ukraińskim emigrantom, którzy namawiali go do pozostania w Australii i urządzenia się tam. Odys miał swoją Itakę i nie posłuchał śpiewu syren, Walery miał dom w Kijowie, do którego pragnął wrócić.

Czytałem już wiele, bardzo wiele wspomnień z różnych rejsów, ale żadna relacja z wyprawy nie zachwyciła mnie tak jak ta. Z każdej stronicy przebija poczucie humoru autora, dystans do siebie i świata, sarkazm, a czasami ironia. Ani śladu pesymizmu, braku wiary w siebie i w powodzenie podjętego zamierzenia. Nie zmienia tej oceny pewna chropowatość przekładu, czasem mało precyzyjna terminologia fachowa. Tłumaczka wykonała swoją pracę zapewne najlepiej jak potrafiła, a że nie zna się na żeglarstwie… Cóż, niżej podpisanemu też zdarzało się tłumaczyć teksty, których nie rozumiał.

Los tej książki jest odbiciem losów i pozytywnej energii wielu ludzi. Wydanie polskie ukazało się dzięki staraniom doktora Marka Tarczyńskiego. Marka i jego żonę Iwonę poznałem w maju 2012 r. w czasie kursu żeglarskiego w Górkach Zachodnich. Jako że nieco dystansowali resztę kursantów wiekiem, niektórzy zadawali pytanie: Po co im patenty sterników? Jednak egzaminy Państwo Tarczyńscy przeszli pomyslnie. Nie minął kwartał, a w mailu Marek i Iwona opisali mi swój rejs. We dwoje (nie licząc psa) przełynęli 26 stopową mieczową Antillą Zatokę Biskajską! Jak widać nie tylko Ukraińcy potrafią realizować swoje marzenia.

Bierzmy przykład z Pietruszczaków i Tarczyńskich. Dlaczego nie mwarto się bać własnych marzeń – przeczytajcie książkę Walerego.

Walery Pietruszczak, Przez trzy oceany.2015-12-02T06:40:16+00:00

Wikingowie w Wolinie, napisał Bogdan Sobiło

Obecnie Wolin jest niewielkim miasteczkiem położonym na wschodnim brzegu wyspy o tej samej nazwie. Od reszty kraju oddzielony jest rzeką Dziwną. Raz jej nurt kieruję się ku morzu, powodując obniżenie poziomu wody w Zalewie Szczecinskim, a kiedy indziej rzeka płynie w kierunku Zalewu. Podobnie jak nurt Dziwny, życie współczesnych mieszkańców Wolina toczy się leniwie. Cała obecna ludność to przybysze z różnych części Polski, najczęściej potomkowie emigrantów z biedniejszych części kraju, którzy po zakończeniu II wojny światowej szukali na tzw. ziemiach odzyskanych lepszego życia. Do niedawna tradycja wojny i zasiedlenia Wolina przez Polaków była bardzo żywa. Częściowo dzięki intensywnej propagandzie komunistycznej, częsciowo z powodu kolei własnego losu Polaków doświadczonych zarówno przez wojnę, jak i wydarzenia, które nastąpiły po jej zakończeniu.

Charakterystycznym obiektem, kiedyś wręcz wizytówką miasteczka były elewatory zbożowe wzniesione tuż nad brzegiem Dziwnej. Obecnie zaniedbane powoli popadają w ruinę. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewiędziesiątych odbudowano leżącą przez niemal czterdzieści lat w gruzach katedrę. Główną atrakcją Wolina jest jednak skansen archeologiczny położony na wysepce Dziwnej. Początkowo były to pojedyncze chaty, w których raz w roku odbywał się międzynarodowy festiwal wikingów, dość licznie odwiedzany przez gości z Danii, Szwecji i Norwegii. Obecnie jest to nie tylko muzeum, ale także placówka naukowo-badawcza Instytutu Archeologii i Etnografii Polskiej Akademii Nauk. W Wolinie na każdym kroku widoczne są ślady historii. Zarówno najnowszej, jak i tej sprzed tysiąca lat. Niemal każdy mieszkaniec miasteczka ma świadomość wielkości minionej przeszłości, a turyści dowiadują się o niej z przewodników i w osadzie słowiańsko-wikińskiej. Jednak większość przybyszów nie wie, że historia Wolina, zwłaszcza ta najdawniejsza, jest nie tylko bardzo zagmatwana, ale też wciąż pełna hipotez i zagadek.

Duży wpływ na świadomość historyczną starszego pokolenia Polaków miały dwa wydarzenia: okupacja niemiecka podczas wojny oraz natarczywa propaganda komunistyczna, uzasadniająca względami historycznymi przesunięcie granic nowego państwa polskiego na zachód. Przez ponad 40 lat komunizmu często mówiono i pisano o „powrocie do macierzy”, „starych piastowskich granicach” itp. Pozostałością tych czasów jest pomnik Trygława wzniesiony w 967 r. Napis na tym pomniku głosi, że powstał on w tysiąclecie przyłączenia Wolina do państwa polskiego. Tymczasem średniowieczne źródła milczą na temat rzekomego przyłączenia Wolina do państwa polskiego w czasach Mieszka I. Jak wiadomo, każda nacja, każde pokolenie odczytuje i interpretuje historię na swój własny sposób, i co nie mniej ważne, na własne potrzeby. Wolin jest tego modelowym przykładem

Historyk bada przeszłość na podstawie źródeł. Do najdawniejszych dziejów Wolina dysponujemy źródłami łacińskimi (tzw. Geograf Bawarski, Widukind z Korbei, Adam z Bremy, Saxo Gramatyk, Thietmar z Merseburga), arabskimi (Ibrahim ibn Jakub) oraz skandynawskimi (sagi o czynach wikingów). O ile od stuleci źródła pisane są dobrze znane i zbadane, o tyle źródła archeologiczne odkrywane są wciąż na nowo. W latach 2012 – 2014 podczas budowy basenu nowej mariny, odkryto szereg nowych obiektów. Na leżące w ziemi ślady historii można się natknąc w Wolinie niemal wszędzie. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku podczas kopania fundamentów podwórkowej szopy znaleziono kamienne siekiery z VIII – IX wieku. Rybacy łowiący ryby w wodach Dziwnej i Zalewu nie raz wyciagają zamiast ryb prastare łodzie, przez setki lat zalegające w mule. Czasami jest to kadłub alianckiego samolotu zestrzelonego przez niemiecką baterię artylerii przeciwlotniczej ulokowaną w pobliżu miasteczka.

Po II wojnie światowej nauka polska miała za zadanie udowodnić prawa nowego państwa polskiego do ziem zajętych kosztem Niemiec. Zarówno źródła pisane jak i znaleziska archeologiczne interpretowano jako dowód polskości tych ziem. Dlatego stworzono metodologiczną teorię „importów”. Obiekty archeologiczne pochodzące z innych kręgów cywilizacyjnych (Skandynawia, Niemcy) określano jako „importy” tj. sprowadzone z zewnątrz i nie negujące słowiańskości, a więc pośrednio i polskości tych ziem. Cenzura pilnie śledziła treść prac naukowych z tak wąskiej zdawałoby się dziedziny jak sławistyka czy językonawstwo. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego stulecia jeden z krakowskich uczonych złożył do druku w czasopismie ukazującym się w porażającym nakłądzie 500 egzemplarzy artykuł, w którym polemizował z powszechnie obowiązującym dogmatem o „pradawnej obecności” Słowian (a więc i Polaków) na ziemiach dziejszej Polski, został zatrzymany przez cenzurę jako „nieprawomyślny”. Innym przykładem ówczesnej politycznej poprawności może być Biskupin. Kiedy w latach międzywojennych nauczyciel miejscowej szkoły zauważył ślady dawnych budowli drewnianych na wyspie jeziora biskupińskiego, powiadomił o tym archeologów z Uniwersytetu Poznańskiego. Po rozpoczęciu prac wykopaliskowych gazety na pierwszych stronach donosiły o odkryciach w „polskich Pompejach”. Wszystko co znaleziono, świadczyć miało o słowiańskim charakterze osady. Kiedy jednak zbadano za pomocą nowoczesnych metod fizyko-chemicznych drewno użyte do budowy domów, palisady i mostu łączącego osadę na wyspie z lądem, okazało się, że zostały one ścięte ponad 700 lat przed narodzeniem Chrystusa. Oczywiście w VIII wieku przed Chr. nie może być mowy o Słowianach (jeszcze nie wyodbrębnili się ze wspólnoty indoeuropejskiej), ani o Germanach. Mimo to w powszechnej świadomości Polaków Biskupin to wciąż „stary, prasłowiański gród”.

Najstarsze dzieje Wolina sięgają VIII wieku po Chr. Pierwotni mieszkańcy osady zajmowali się rybołóstwem i rolnictwem. Wolin wymieniony jest najwcześniej w tzw. Geografie Bawarskim. Jest to anonimowa notatka, która wylicza plemiona i grody położone na północ od Dunaju. Wśród ponad dziesięciu nazw plemiennych, identyfikowanych z ziemiami dzisiejszej Polski wymienieni sa Wolinianie. W tym przypadku nie chodzi chyba jednak o mieszkańców grodu, ale plemię sprawujące władzę nad całą wyspą. Interesujący opis miasta pozostawił pochodzący z Hiszpanii żydowski kupiec i podróżnik Ibrahim ibn Jakub. Otóż około roku 964 – 965 zawędrował on do Czech i na dwór cesarza Ottona I. To właśnie Ibrahimowi ibn Jakubowi zawdzięczamy charakterystykę drużyny Mieszka I oraz opis domniemanych granic jego państwa. Z przekazu tego egzotycznego podróżnika nie wynika jednak, że w połowie X wieku Wolin znajdował się w granicach monarchii piastowskiej. W tym samym czasie pojawia się w źródłach pierwsza wzmianka o Mieszku I. Otóż zyjący w X wieku niemiecki kronikarz Widukind z Korbei napisał Dzieje Saksonii. Sporo uwagi poświęcił Wichmanowi, niemieckiemu rycerzowi, który za panowania cesarza Ottona I (936 – 973) zszedł na złą drogę i został skazany na banicję. Opuszczenie ojczyzny okazało się dla niego wejściem na równie pochyłą. Udał się do sąsiadujących z cesarstwem Słowian Połabskich, zamieszkujących między Odrą a Łabą, systematycznie najeżdzanych i podbijanych przez Niemców. Najprawdopobniej w 963 r. Wichman na czele Wieletów najechał państwo Mieszka i zadał mu dwukrotnie klęskę. W walkach zginął nieznany nam z imienia brat polskiego księcia. Kiedy kilka lat później, a dokładnie w 967 Wieleci i renegat Wichman ponownie najechali Mieszka, książe polski dzięki pomocy swych czeskich sojuszników (małżeństwo z Dobrawą) pokonał najeźdźców, a sam Wichman zginął. Po stronie Wieletów stali też Wolinianie. Nie wynika z tego jednak, że po zwycięstwie Mieszka miasto i wyspa dostały się pod jego panowanie. Najazdy wygnanego z Niemiec Wichmana i słowianskich przecież Wieletów przez lata przedstawiane były w propagandzi i podręcznikach szkolnych jako przejawy niemiecjkiej ekspansji na wschód.

Najdawniejsze dzieje Wolina splatają się równieź z barwnymi dziejami Wikingów. Językoznawcy wywodza ten termin od wyrazów „vik” – zatoka, fiord lub „viken” skierować się. A więć „Wiking” to ktoś, kto opuszcza rodzinny dom i wyrusza za morze. W okresie VIII – XI wieku Wikingowie stali się postrachem wielu krajów Europy. Najeżdzałi Irlandię, Brytanię i Francję. Na początku X w. osiedlili się nawet u ujścia Sekwany, a ich przywódca Rollon został nominalnie wasalem króla Francji Karola Prostego. Po ponad stu latach latach Normanowie mieszkający od pokoleń we Francji najechali Anglię, a ich przywódca Wilchelm Zdobywca dzięki zwycięskiej bitwie pod Hastings został w 1066 r. królem Anglii, nie przestając być wasalem władcy francuskiego. O ile Wikingowie z terenów dzisiejszej Danii i Norwegii ruszali na swe wyprawy w kierunku zachodnim o tyle zamieszkujący Szwecję Waregowie penetrowali południowe wybrzeże Bałtyku. Docierali na swych łodziach nawet na Morze Czarne i Kaspijskie. Napadali na posiadłości bizantyjskie i jednocześnie prowadzili handel. Wareski książę Ruryk został zaproszony przez Słowian w 862 r. objął władzę w Nowogrodzie. Po dwudziestu latach przesniósł stolicę swego panstwa do Kijowa (stąd Ruś Kijowska). Wikingowie nie tylko napadali i grabili, ale też zajmowali się handlem. Dość często tam, gdzie miało to sens i miejscowe realia na to pozwały zakładali emporia (ośrodki wymiany handlowej). Najczęściej przyczyn ekspansji wikińkiej historiografia upatruje we wzroście demograficznym i niemożności wyżywienia wszystkich mieszkańców ze względu na mało urodzajną ziemię. Innymi powodami mogły być narastające różnice materialne, które zachęcały niektórych przywódców (jarlów) do urządzania wypraw łupieżczych w celu pomnożenia bogactwa własnego i swoich klientów oraz konflikty wewnętrzne, rozstrzygane na ogół bardzo krwawo. W okresie przechodzenia od ustroju plemiennego do państwa funkcjonuje u Wikingów wiec (thing). Naczelnik plemienny nosi często tytuł króla (kanut). Mimo powolnej chrystianizacji Skandynawii nadal istnieje niewolnictwo. Niewolnik (trall) pochodzący najczęściej z wypraw wojennych nie ma żadnych praw.

W XIX wieku modne były w nauce teorie wywodzące początki pierwszych państw słowiańskich od Wikingów. Niektórzy historycy dopatrywali się nawet w herbach polskiej szlachty zdeforomowanego pisma runicznego. W kilku przypadkach źródła pisane nie pozostawiają jednak wątliwości, że tak właśnie było (choćby wspomniana Ruś kijowska). Twierdzenia, że Mieszko I był Wikingiem, przestały się pojawiać w obiegu naukowym po I wojnie światowej. Jednak zarówno źródła pisane jak i zwłaszcza archeologiczne wskazują na obecność w Wolinie Wikingów. Dowodem bliskich kontaktów państwa pierwszych Piastów ze Skandynawią są choćby losy Świętosławy – Sygrydy, córki Mieszka I. Została ona wydana za mąż za Eryka Zwycięskiego, króla Szwecji. Po jego śmierci pośłubiła Swena Widłobrodego, władcę Duńczyków i Norwegów.

W Dziejach biskupstwa hamburskiego niemiecki kronikarz Adam z Bremy opisuje Wolin tak:

 

W jej ujściu [rzeki Odry], którym zasila scytyjskie bagna, przesławne miasto Jumme [Wolin] zapewnia nader uczęszczany punkt postoju dla barbarzyńców i Greków, którzy mieszkają naokoło. Ponieważ na chwałę tego miasta wypowiada się rzeczy wielkie i zaledwie godne wiary, chętnie dorzucę kilka słów godnych opowiedzenia. Jest to rzeczywiście największe z miast, jakie są w Europie. Zamieszkują je Słowianie łącznie z innymi narodami, Grekami i barbarzyńcami; także i sascy przybysze otrzymują prawo zamieszkania, byleby tylko przebywając tam, nie występowali z oznakami swego chrześcijaństwa. Wszyscy bowiem [mieszkańcy] jeszcze dotąd podlegają błędom pogaństwa; zresztą pod względem obyczajów i gościnności nie znajdzie się lud bardziej uczciwy i przychylny. Jest tam latarnia morska, którą mieszkańcy nazywają ogniem greckim (tłum. G. Labuda). Tak więc według tego kronikarza był Wolin miastem kosmopolitycznym. Oprócz Słowian mieszkali w nim Rusini lub Bizantyjczycy (wymiemienienie w tekście Grecy) oraz Niemcy. Być może przez „barbarzyńców” rozumie innych pogan, w tym Skandynawów, wśród których chrześcijaństwo przyjmowało się powoli i wyjątkowo opornie. Ten sam kronikarz opisuje krótko pobyt w Wolinie króla duńskiego Haralda Sinozębego. Warto przy okazji przypomnieć, że to od jego przydomka pochodzi nazwa urządzenia Bluetooth. Otóż około roku 986: ranny uciekł podczas bitwy, wsiadł na statek i dotarł do miasta Słowian nazywanego Iumne [Wolin]. Wbrew własnym obawom, jako że byli poganami, został przez nich życzliwie przyjęty, po kilku dniach cierpiąc z powodu odniesionej rany odszedł wyznając Chrystusa. Jego ciało zostało przez wojsko przetransportowane do ojczyzny i zostało pochowane w mieście Roskilde w kościele, który on sam jako pierwszy wzniósł ku czci Trójcy Świętej (tłum.BS).

Autor podkreśla, że w czasach Halarda Sinozębego Wolin był miastem zamieszkiwanym przez pogańskich Słowian. Nie ma żadnej wzmianki o obecności mieście albo jego pobliżu Wikingów. Powstaje więc podstawowe pytania, jak narodziła się legenda o mieście Jom, Jomswikingach oraz o Winecie? Otóż o Jomswikingach i ich ośrodku Jom mówią dopiero sagi skandynawskie z XII i XIII wieku. Warto nieco bliżej scharakteryzować te źródła. Otóż sagi powstawały w społeczeństwie niepiśmiennym, w którym dominowała kultura ustna (oral culture). W oczywisty sposób taki stan rzeczy sprzyjał deformacji rzeczywistych wydarzeń historycznych. Głównym celem autorów sag nie było też przechowanie wiernego obrazu przeszłości, ale przede wszystkim podkreślenie wielkości czynów ich bohaterów. Świat przedstawiony w sagach nigdy nie istniał. Jest na ogół barwnym i ciekawym połączeniem elementów różnych rzeczywistości: czasów kiedy żyli opisywani bohaterowie, epoki współczesnej autorowi oraz tego, co je od siebie oddziela. Intensywne i szczegółowe badania prowadzone choćby nad Iliadą i Odyseją ukazały, jak trudnym w interpretacji źródłem jest poemat epicki. Wyobrźmy sobie, że za kilkaset lat, historyk stajnie przed zadaniem rekonstrukcji epoki napoleońskiej, wyłącznie na podstawie Pana Tadeusza. Dla większości historyków jest zatem oczywiste, że mając do wyboru współczesne wydarzeniom źródła łacińskie (Widukind, Saxo Gramatyk, Adam z Bremy, Thietmar, Helmold) oraz późniejsze sagi skandynawskie, pierwszeństwo należy dać tym pierwszym. Także dlatego, że kronikarze X – XII wieku stawiali sobie za zadanie rejestrowanie faktów, a nie podawanie barwnych, w znacznym stopniu zmyślonych historii. Natomiast eksploatowana zwłaszcza przez autorów XVI legenda o zatopionym mieście Wineta powstała na skutek błędnego odczytania przez kopistę tekstu Adama z Bremy. Całą ta sprawę skrupulatnie zbadał swgo czasu Ryszard Kiersnowski w rozprawie Legenda Winety.

Z takim podejściem do przeszłości nie zgadzają się archeologowie. Znalezione w Wolinie liczne przedmioty, niewątpliwie pochodzenia skandynawskiego maja w ich opinii być dowodem na istnienie Jomsborga. Przekonanie takie prowadzi do odrzucenia ważnych źródeł pisanych i powoływanie się na wspomniane już sagi. Profesor Leszek Paweł Słupecki jeden z wybitnych znawców zagadnienia ujął rzecz następująco: Pod koniec X wieku wśród sąsiadów Polaków szczególne miejsce nalażalo do Jomsvikingow. Nie mamy całkowitej pewności, że faktycznie istnieli. Dla wielu uczonych są tylko postaciami z opowieści sag, stworzonymi później niż w X wieku.

Legendy zawsze żyją własnym życiem. Każdy, kto trafi do Wolina jest bombardowany opowieściami o wielkiej przeszłości miasteczka. Nawet oficjalna strona internetowa zaprasza do zwiedzania legendarnej siedziby Jomswikingów Winety. Historykowi pozostaje chyba tylko przyjąć postawę, jaką prezentował pewien kandydat na delegata na kolejny Zjazd nieboszczki Partii (wiadomo której). Na zadawane przez dziennikarza pytania niewzruszenie odpowiadał: uważam tak jak Trybuna Ludu. W końcu zniecierpliwiony żurnalista atakuje: To nie ma pan w żadnej sprawie swojego zdania? Wtedy kanydat: Mam ale się znim nie zgadzam!

 

Wszystkim zainteresowanym polecam lekturę książek:

  1. Labuda, Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej, T. II., Poznań 2002.
  2. Morawiec, Wolin w średniowiecznej tradycji skandynawskiej, Kraków 2010.
  3. M. Stanisławski, Jomswikingowie z Wolina – Jomsborga, Warszawa 2013.

Saga o wikingach z Jom, tłum. J. Wołucki, Sandomierz 2011.

Wolin wczesnośredniowieczny, pod red. B. Stanisławskiego i W. Filipowiaka, cz. 1- 2, Warszawa 2013.

  1. Wojtkowiak, Skandynawskie wpływy kulturowe w Wolinie (IX – XI wiek), Wrocław 2012.

 

Powstał także dostępny w internecie film o Wolinie:

Miasto zatopionych bogów

 

Wikingowie w Wolinie, napisał Bogdan Sobiło2015-12-02T06:38:10+00:00

Fik Meijer, Morze Śródziemne. Historia osobista

Fik Meijer, Morze Śródziemne. Historia osobista, z niderlandzkiego przełożyła A. Bienias, Książka i Wiedza, Warszawa 2014, ss. 408.

 

Holenderski historyk starożytności, Fik Meijer nie był dotychczas szerzej znany polskim czytelnikom. Ze względu na profil prowadzonych badań naukowych nie był też cytowany przez polskich badaczy antyku. Tymczasem piastujący w latach 1992 – 2007 katedrę historii starożytnej Uniwersytetu w Amsterdamie Meijer od wielu lat znany jest nie tylko profesjonalnym historykom i archeologom, ale też szerokim rzeszom czytelników w Holandii i poza jej granicami. Jego książki były tłumaczone na języki: angielski, niemiecki, fiński, szwedzki, chorwacki, czeski, turecki, włoski i chiński! Popularność książek profesora Meijera wynika zapewne z rzadko spotykanych kompetencji Autora – jest historykiem, filologiem klasycznym i archeologiem, a jednocześnie praktykującym nurkiem i żeglarzem. Wszystko to wyjątkowo udatnie łączy z talentem popularyzatora nauki. Właściwe wszystkie jego książki są pokłosiem prowadzonych wcześniej samodzielnych, oryginalnych badań. Poza książkami na temat gladiatorów, wyścigów rydwanów, historii żeglugi w starożytności, podróży św. Pawła do Rzymu opublikował wiele artykułów w czasopismach fachowych. Dokonał także tłumaczenia dzieł autorów greckich i łacińskich: Józefa Flawiusza, Wegecjusza i Grzegorza z Tours.

Omawiana książka Morze Śródziemne. Historia osobista jest pierwszą, ale miejmy nadzieje nie ostatnią książka tegoAutora, która ukazuje się w polskim tłumaczeniu. Oryginalne wydanie holenderskie ukazało się w 2010 roku i w kilka miesięcy później zostało nagrodzone prestiżową nagrodą stowarzyszenia księgarzy holenderskich Libris w dziedzinie historii.

W pewnym sensie ksiązka jest podsumowaniem naukowej, intelektualnej i życiowej drogi Meijera. Nie zawiera co prawda ekscytujących szczegółów z życia uniwersyteckiego kampusu, ale bardzo wiele mówi o Autorze i jego postrzeganiu świata.

Książkę otwiera znany wiersz greckiego poety Konstantinosa Kawafisa, Itaka. Jest to niejako credo samego Meijera.

Skala naukowych pasji Autora znajduje pełne odzwierciedlenie w jego najnowszej książce. Równie kompetentnie omawia eksplorację najstarszych wraków znalezionych w wodach Morza Śródziemnego, jak i hipotezy dotyczące powstania triery, domniemanej trasy morskiej podróży św. Pawła, Wieży Wiatrów w Atenach, produkcji i dystrybucji sosu garum, genezę powiedzenia navigare necesse est, tajniki handlu winem w starożytności, znaczenia oliwy w gospodarce rzymskiej, morskiego transportu dzikich zwierząt, handlu niewolnikami, obrotu dziełami sztuki, pierwsze morskie pielgrzymki do Ziemi Świętej. Geograficzne zainteresowania Autora rozciągają się od Azji Mniejszej po Gibraltar, a chronologiczne od epoki brązu po późny antyk. Ciekawa, żywa narracja często wzbogacana jest cytatami ze źródeł, nad którymi (zarówno pisanymi jak i arcehologicznymi) Autor panuje znakomicie. Sekret powodzenie tej i innych książek Meijera wynika między innymi z faktu, że nie jest on tzw. badaczem gabinetowym. Od młodości pływał, żeglował i nurkował chyba we wszystkich wodach Morza Śródziemnego. Pracował także jako przewodnik turystyczny. Osobiście brał udział w badaniach starożytnych wraków. Wiedza i doświadczenie żeglarskie (jest kapitanem i instruktorem żeglarstwa) pozwalają mu opowiadać o podejmowanych kwestiach dotyczących żeglugi w sposób najbardziej kompetentny. Kiedy pisze o sztormie czy statku wyrzuconym przez dopychający wiatr na skały, wie z własnego doświadczenia o czym mówi. Czuć, że rozumie dramat ludzi sprzed tysięcy lat, których katastrofa dotknęła. Kiedy opisuje rekonstrukcję greckiej triery, nie opowiada się po żadnej ze stron naukowego sporu, ale rzeczowo przedstawia najważniejsze kwestie w sposób zrozumiały dla laika. O pełnej energii osobowości Autora świadczy fakt, że powołał nawet do życia specjalną fundację, która miała zamiar rekonstrukcję triery Olimipas sprowadzić do Holandii i udostęnić ją do zwiedzania szerokiej publiczności.

Uchybienień w zakresie faktorgrafii jets niewiele. W większości, co ciekawe, bo są to wydarzenia powszechnie znane, dotyczą wojen grecko – perskich. W roku 490 przed Chr. wbrew opisowi Meijera, wojska perskie nie zostały pokonane „na oczach wielkiego króla”, ponieważ pod Maratonem Dariusza nie było – wojskami perskimi dowodzili Datys i Artafernes. Najwyraźniej wybitny historyk pomylił Maraton z Salaminą (s. 113). Nieco dalej podaje, że po odnalezieniu złóż srebra w górach Laurion Ateńczycy zbudowali flotę złożoną ze 150 trier (wg źródeł starożytnych 200). W zwięzłym opisie zmagań roku 480 przed Chr. nie wiedzieć czemu oblicza wielkość floty Wielkiego Króla nie na 1207 trier (jak informuje nas Herodot), ale wymienia cyfrę 900. Jeszcze w kilku innych miejscach opis wojen grecko – perskich odbiega znacząco od powszechnie znanego przekazu źródłowego. Podczas II wojny punickiej Hannibal pojawił się w Italii w roku 217, a nie w 218, jak chce Meijer (s. 220). Omawiając proces romanizacji prowincji cesarstwa rzymskiego Autor stwierdza, że za panowania cesarza Klaudiusza przyjęto Gallów do stanu senatorskiego, ale nie do senatu. Stwierdzenie to stoi w sprzeczności z informacja podaną przez Tacyta i znaną inskrypcją, zawierającą treść mowy, jaką Gallowie wygłosili w senacie. Opowiadano nawet anegdotę, że na potrzebę nowych senatorów trzeba będzie postawić w Rzymie znaki wskazujące drogę do budynku, w którym zbierał się senat. Cóż quandoque bonus dormitat Homerus.

Jednocześnie jednak styl narracji wciaga czytelnika tak, że erudycja i wiedza Meijera nie przytłaczają ilością drugorzędnych szczegółów, dat, etc. Wielką zaletą jest też osobisty styl, w jakim prowadzona jest opowieść. Autor nie ukrywa, że jako młody człowiek brał udział w nielegalnym handlu antycznymi amforami wydobybytymi z morza, ale kończy kłopotliwe dla nobliwego profesora opowiadania szczerym wyznaniem: wstydzę sie tego. W tok opowieści umiejętnie wkomponowane są taksty antyczne oraz czytelne, obrazowe mapy. Ponadto uzupełnieniem treści książki jest kilkadziesiąt ilustracji czarno – białych i kolorowych.

O ile sam oryginalny tekst Meijera nie wzbudza poważniejszych zastrzeżeń, to sporo uwag krytycznych należy podnieść w stosunku do polskiego tłumaczenia. Tłumaczka najwyraźniej nie zna i nie rozumie terminologii nautycznej i żeglarskiej. Wielokrotnie pojawia się wyrażenie „zarzucić kotwicę”. O „zarzucaniu kotwicy” pisał już Joseph Conrad w Zwierciadle morza, że tak powiedzieć mogą tylko kompletni ignoranci. Zamiast „okręt” pojawia się „statek wojenny”, „burta” to „burtnica”, „waza” to „wazon”, „nautyczny” to „nautystyczny”, „okręt taranujący” to „taranowy”, zamiast prawa i lewa burta pojawia się „sterburta” i „bakburta”. Termin „floating hypothesis” przetłumaczony został jako „dryfująca hipoteza”, zamiast „pływająca hipoteza” (chodzi o zbudowaną w latach osiemdziesiątych przez trust brytyjsko – grecki rekonstrukcję starogreckiej triery Olimpias). Wiele terminów jest kompletnie niezrozumiałych, np. szandek, helmstok. Podobnie ma się sprawa z nazwami geograficznymi. Wyspa Santorini (starożytna Thera) staje się w książce Santorynem, chorwacka wyspa Mljet Miletem, Ajgospotamoj Rzekami Kóz etc. Kilka razy zamiast „ćwierćwiecze” pojawia się „kwartał”. Podobnie ma się sprawa z wyrazami transkrybowanymi z greki – znaki akcentowe postawione są na ogół w niewłaściwych miejscach. Być może jest tak już w oryginalnym wydaniu, ale nie miałem możliwości porównania. Niekiedy zdanie w przekładzie staje się zupełnie niezrozumiałe: Uważali Fenicjan za chciwych kupców, którzy dzięki niewłaściwemu prowadzeniu interesów uzyskiwali wysokie dochody (s. 96). Z kontkekstu wynika wyraźnie, że chodzi o „niestosowne” albo „niedopuszczalne”, a nie „niewłaściwe”. Na s. 190 czytamy: Gdy widzi się amfory (…) niektóre nawet w decorum statku (…). Chociaż znam sens łacińskiego terminu decorum nie jestem w stanie zrozumieć sensu wyrażenia „decorum statku”. W polskiej literaturze historycznej imię orientalnego władzcy pisane jest zwykle jako Tiglatpilesar, a nie osobno Tiglat Pileser (s. 92). Eol stał się Aeolusem (s. 180). Na s. 189 królowie hellenistyczni stają się helleńskimi. Jednym z najbardziej kuriozalnych fragmentów przekładu jest tłumaczenie pisma Lukiana z Samosat Navigium Isidis (s. 289). W opisie szczegółów technicznych statku zamiast kilu (główny element konstrukcyjny) pojawia się kilwater (ślad pozostawiony na wodzie)! Wiosła sterowe stają się wiosłami „sterowniczymi” (s. 215). Osobna kwestia to wykorzystanie istniejących przekładów polskich z literatury gerckiej i rzymskiej. W przypisach informacje na ten temat podawane są niekonsekwentnie. Często mimo istnienia polskiego przekładu Tłumaczka nie przytacza go, ale sama dokonuje przekladu starożytnego tekstu z niderlandzkiego na polski. Można tez zastanawiać się dlaczego Metamorfozy Owidiusza cytowane są w przekładzie B. Kicińskiego z początku XIX wieku, a nie w nowym tłumaczeniu Anny Kamieńskiej i Stanisława Stabryły. Podobnie ma się sprawa z Odyseją – cytowany przekład Lucjana Siemieńskiego brzmi już dzisiaj bardzo archaicznie i nie zawsze jest zrozumały. Tłumaczka pozwala sobie niekiedy na ingerencje w w tekst Autora i próbuje go korygować. Swoistym kuriozum jest przypis tłumaczki na stronie 170, w którym powołuje się na informacje z wikipedii! Jednocześnie jednak trzeba stwierdzić, że generalnie książkę czyta się dobrze, co należy uznać za dowód dobrze wykonanej pracy translatorskiej. Jedyne co można zarzucić, to nieznajomość opisywanych realiów, co skutkuje tłumaczeniem tekstu bez jego zrozumienia oraz nieuzasadnione ingerencje w oryginalna pracę Autora.

Wydawnictwo powinno na przyszłość tekst tłumaczenia przekazać do konsultacji fachowej, co pozwoli uniknąć wielu błędów i nieporozumień. Podobna sytuacja ma bowiem miejsce także w przypadku styntezy Starożytna Grecja, pod red. S. Pomeroy, wydanej również przez Książkę i Wiedzę, gdzie wielokrotnie Tłumaczka obnarza swoją ingorancję w zakresie treści ksiązki

Podsumowując trzeba stwierdzić, że wydanie polskiego przekładu książki Fika Meijera jest cenną i pożądaną inicjatywą. Miejmy nadzieje, że również inne książki tego poczytnego historyka ukażą się w Polsce.

 

Napisał Bogdan Sobiło, Kraków

Fik Meijer, Morze Śródziemne. Historia osobista2015-12-02T06:39:52+00:00
Go to Top